8 lut 2014

FotoRelacja z Ameryki Północnej

Wróciłam i zamieszczam obiecane zdjęcia z mojej wielkiej podróży!

Plan podróży był taki:
Kanada - Toronto
Kanada - Niagara Falls
USA - Tampa (Floryda)
USA - Cape Coral (Floryda)
USA - New York


Toronto z lotu ptaka, a dokładniej, z CN Tower. To miasto wieżowców po horyzont :) Condominiums (albo pieszczotliwie zwane Condos) to bardzo wysokie budynki, głównie mieszkalne, które rosną w Toronto jak grzyby po deszczu. Słyszałam żart, że jak na autostradzie śródmiejskiej zobaczy się wolny pas ruchu, trzeba uważać, bo zaraz może się tam pojawić condo ;)



Aby oglądać Niagarę zimą, trzeba cechować się sporą wytrwałością... Było pioruńsko zimno! Jak tam dojechaliśmy właśnie zachodziło słońce, pierwsze zdjęcie uchwyciło jeszcze fajne delikatne kolorki, jednak pozostałe zimowe zdjęcia, to już nie to czego można dokonać w lecie - nie to swiatło, nie ten kontrast... Jednak pokrywa lodowa kilkumetrowej grubości robiła wrażenie!!




Po zmroku wodospad oświelany jest zmieniającymi się kolorkami (to nie fotoszop!) jednak ze względu na stan odmrożeń nie czekaliśmy już na, zapewne przepiękne, inne barwy i z utęsknieniem oddaliliśmy się w kierunku cieplutkiej restauracji na obiad :)


Restauracja była etiopska, dla mnie było to nowe doświadczenie, chociaż już słyszałam o tej kuchni. Potrawy je się bez użycia sztućców, biorąc potrawy za pomocą chwyconego w 3 palce placka, przypominającego naleśnik, który robiony jest z "ichniej" trawy, której nazwy nie pamiętam. Ciasto ma lekko kwaśny smak, wszystko bardzo smaczne, a posiłek zakończony ceremonią kawy, której ziarna były palone specjalnie dla nas (kelnerka przyniosła w międzyczasie dymiącą patelnię abyśmy mogli to zobaczyć), a następnie serwowana w towarzystwie aromatycznego kadzidła.


Z mroźnej krainy udaliśmy się wprost do królestwa słońca - na Florydę! Tamtejsza zima bardzo mi odpowiada :) w dzień temperatura wahała się między 16 a 18 st.C, chociaż powiedziano nam, że trafiliśmy na jedne z chłodniejszych dni...
Na początek trzy dni w luksusowym ośrodku golfowym:




Jego część to rezerwat ptaków brodzących, z pewną liczbą aligatorów, dla ich ochrony. Informacja głosiła, że owszem część ptaków brodzących jest przez nie zjadana, jednak eliminują one wszelkie inne drapieżniki, które zagrażałyby ptakom i ich jajom. Codziennie wypatrywałam aligatorów, jednak (ponoć z powodu kiepskiej pogody) pozostawały w ukryciu.




A potem do raju... Cape Coral to miejsce, gdzie wychodzi się z luksusowego domu do ogrodu, aby wsiąść do łodzi i "pojechać" do pobliskiego baru na drinka...






...i wrócić w stanie wskazującym na spożycie :)






:) to oczywiście efekty zabawy z wydłużonym czasem naświetlania.

Ale już czas pożegnać Florydę. Jadąc na lotnisko w Miami zatrzymywaliśmy się na kilku parkingach wzdłuż "aligator lane" aby jakiegoś wreszcie wypatrzyć przed odlotem ...i udało się! Patrzcie! Kto spostrzegawczy, ten wypatrzy! Ja potrzebowałam zoomu w aparacie, aby upewnić się czy moje oczy dobrze widzą.




Tyłeczki wygrzane, no to możemy lecieć do Big Apple!
Tutaj Ameryki nie odkryję :) Tzn mogę pokazać to, co już wszyscy świetnie znają, chociażby z filmów ;)

Central Park - krajobraz szaro-zimowy


Empire State Building...


...i gigantyczne z niego widoki.



Dwa poniższe pozwoliłam sobie lekko podkolorować, aby osłodzić zimową szarość
i brak zieleni drzew. Miasto przepiękne i na pewno jedyne w swoim rodzaju, ale jak dla mnie za duże i zbyt betonowe...



World Trade Center - nówka sztuka...


"Przereklamowany" Times Square - w sensie: dużo tam reklam ;)



Za zimno było, żeby robić wycieczkę i oglądać statuę, więc tylko oglądana ze sporej odległości i na szybko "statuetka".


No i w końcu przywaliło śniegiem, na szczęście dopiero jak już zdążyliśmy pozwiedzać.



Broadway łamiący kwadraturę miasta, płynący wbrew wszystkiemu swobodną falą, przyciągnął mnie swym urokiem. Powiedziałam: nie wyjadę dopóki nie pójdę na musical! Nieważne koszty, SHOW must go on! Poszliśmy na Wicked. Tego się nie da opowiedzieć. Jeśli tylko będziecie w Nowym Jorku, pójdźcie na musical. Jakikolwiek.

Najpiękniejsza kurtyna, jaką widziałam :)


Miejsca to jedno, a ludzie drugie...
O ile kanadyjczycy zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie, poznałam zaledwie kilka osób, ale to naprawdę fajni ludzie, tyle amerykanie... no cóż. Wpisali się dla mnie w stereotyp. My mamy wszystko największe i najlepsze, żyjemy w centrum wszechświata i nie bardzo potrzebujemy całej reszty do czegokolwiek. Chyba, że to 'cokolwiek' przynosi profit. Europa, to fajne miejsce na zakupy, innego pojęcia o niej nie mamy, bo nam to do niczego nie jest potrzebne. Polska - gdzie to właściwie jest??? Po próbach tłumaczenia, że mniej-więcej between Germany and Russia, gdy wyraz nie-wiem-za-bardzo-o-czym-do-mnie-rozmawiasz nie schodził z twarzy, dałam sobie spokój. Aby mój rozmówca nie czuł się zakłopotany powiedziałam, żeby się nie przejmował, że ja też nie znam położenia wszystkich stanów w jego kraju, on odpowiedział z szerokim uśmiechem: "ME TOO!"
Poza tym wszechobecne "Hi, how are you?" bez oczekiwania na odpowiedź jak się czuję i co u mnie, sprawiało przedziwne wrażenie... Po co pytają skoro nikt nie jest absolutnie tym zainteresowany? Podjęłam kilka prób konwersacji, jednak Ci ludzie sprawiają wrażenie zombiaków, pozostając cały czas na takim samym poziomie emocjonalnym, niezależnie czy rozmowa jest aktualnie 'nudna' czy ma znamiona czegoś co z reguły wywołuje emocje. Reagują, częstokroć dość ekspresyjnie, jednak te reakcje wyglądają na wyuczone i sztuczne...
Powrót do Europy był dla mnie prawdziwym powrotem do domu. Podóż była piękna, jednak ciszyłam się z jej końca jak nigdy dotąd.

A oto podróżny urobek, a wierzcie mi, że czas mój zajmowało głównie chłonięcie "innego świata", dziergałam głównie w samolotach.



2 komentarze:

  1. oo, ciekawe co piszesz o ludziach :)
    też chciałabym kiedyś zobaczyć Niagarę... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uppps... no niestety nie zdążyłam napisać e-maila. Przepraszam... ale- mówi się trudno- będę czekać dłużej.

    OdpowiedzUsuń