16 kwi 2013

DIY czyli 'RÓBMY SWOJE'

Pamiętacie? Ja pamiętam - kiedyś dawno, jak jeszcze nie sięgałam dobrze ponad stół, był w telewizji program edukacyjny "Zrób to sam" wyświetlany cyklicznie, prowadzony przez Adama Słodowego. Opowiadał z wielkim przejęciem i dokładnością o różnych przedmiotach i udogodnieniach, które można zrobić samemu, w warunkach domowych. Właśnie znalazłam go na youtube. Człowiek-legenda! Robił to ze swoistym wdziękiem i entuzjazmem, którym zarażał innych i motywował do działania.

To było jeszcze przed erą made-in china i 1001-drobiazgów-z-ropy! Teraz pączkują w necie przepisy na samodzielne wykonanie wszystkiego, łącznie z galanterią z plastikowych reklamówek, kapciami z opon czy biżuterią ze spranych tiszertów. Niektóre z nich do mnie nie przemawiają, ale jest dość pokaźna grupa hendmejdów, które mnie zainteresowały. Głównie swoją oryginalnością, estetyką oraz pomysłowością wykorzystania rzeczy, które normalnie kwalifikujemy do wyrzucenia. Jest coś magicznego w materiałach i przedmiotach, które w ostatnim momencie uchyliły się od niebytu i dostały drugie życie. I w dodatku prezentują się o wiele lepiej niż większość tych ze sklepu. A dlaczego? Bo ktoś poświęcił im więcej czasu, zaangażowania i serca :) Ważnym atutem jest też niepowtarzalność, istotna cecha w erze masowości. Wiadomo, że szybciej i czasem taniej jest kupić gotowca, ale równie szybko się nudzi. Taki los raczej nie spotka własnoręcznie dopracowanego przedmiotu. Twórzmy nie tylko dla siebie, można w ten sposób obskoczyć prezenty dla znajomych lub zasilić akcje charytatywne, przedmioty jedyne-w-swoim-rodzaju cieszą się tam dużym powodzeniem.

Zauważyłam, że przedmioty, które wykonam sama, dużo częściej zbierają pochwały znajomych. Są dostrzegane i  budzą spore zainteresowanie, czasem lawinę pytań a następnie ochów i achów, nierzadko również błysk zazdrości w oku, że takie mi się udało, talent mam czy co? A zaraz później - zróóóób mi też takie, namaaaaluj i dla mnie, wydzieeeeergaj przy okazji drugie :) Miłe to bardzo!

Jako dziecko potrafiłam po szkole biec do papierniczego, tylko po to by stać tam godzinę i oglądać artykuły na półkach, wdychać zapach zeszytów, kredek, farb i nowości. A nie były to czasy hipermarketów, niewiele było sklepów samoobsługowych. "Mój" papierniczy był tradycyjnym sklepem z ladą i ekspedientkami. Jeśli chciało się coś obejrzeć, należało o to poprosić, wówczas pani podawała i czekała, bardziej lub mniej cierpliwie, aż się naoglądamy i  podejmiemy decyzję o zakupie. Nie ułatwiało mi to nasycenia zmysłów :) To zamiłowanie do szeroko pojętych artykułów papierniczych, a nie chodzi tu tylko o papier, a też o przeróżne akcesoria do robótek ręcznych i prac technicznych, zostało mi do dziś. W sklepie dla plastyków ślinię się bardziej niż w cukierni :) Korci mnie do radosnej twórczości, nie ma rady, trzeba działać :)
Niniejszym otwieram cykl postów not-made-in-china pod wspólnym, wymownym tytułem 'Róbmy swoje'.

1 komentarz: